środa, 8 sierpnia 2012

Pracowicie...

Och... Stęskniłam się za celebrowaniem chwili, jakie w dużej mierze daje mi pisanie... Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu... Czasu spędzonego w pędzie i często ciężkiej pracy, jaką jest samo w sobie chowanie malucha (przez większość dnia samotnie/samodzielnie...), a w połączeniu z rehabilitacją już bez wątpienia zasługuje na miano pracy... I to niełatwej, bo dziecko nie zawsze chce ćwiczyć, mama też, a ćwiczyć trzeba... Miesiące więc upływały nam na usprawnianiu ciałka Jasiowego i towarzyszącymi temu wzlotami i upadkami emocjonalnymi, z przewagą tych drugich... Zmiany pań fizjoterapeutek, poczucie zagubienia w temacie, wrażenie braku efektów, zmęczenie monotonnią ćwiczeń, drastyczne ukrócenie czasu "wolnego" i spontaniczności w zajmowaniu się małym (każdą chwilę trzeba wykorzystać na stymulację...). To za mną. Nie chce o tym myśleć, ani wspominać traumatycznych wizyt u rehabilitantów, jeszcze bardziej traumatyzujących prób kopiowania ich działań w terenie domowym, rozdzierającego płaczu Jasia. Dziś jestem po pięknych wakacjach w Zakopanem, gdzie problemy fizyczne małego zeszły na dalszy plan, a powróciła radość z samego istnienia stwora. Wcześniej - także miły wakacyjny czas czerwcowy w Poznaniu. Przed nami dalsza współpraca z fachowcami, lecz już przez sito przesianymi - przyjaznymi, podmiotowo podchodzącymi do dziecka i rodzica, delikatnymi, rzeczowymi. Na co dzień zaś stymulacja osteopatyczna, prioprioceptywna + ćwiczenia made by mamuśka na Jasiowym ciałku. Tak często jak się da, od pobudki o 6 rano do dobranocki ok 20. Jasio od wczoraj pełza do tyłu odpychając się rękoma, sunie po podłodze. Obraca się też wokół osi - pupy dookoła. Zwiększyły się więc jego możliwości poznawania terenu. Bardzo się z tego cieszymy. On chyba też. Staramy się nie martwić tym, co będzie, bo od martwienia nikomu nie będzie lepiej.

2 komentarze:

  1. Alu! cieszę się, że wakacje dały wam "powera" - jak to dobrze! ta rutyna, a właściwie orka, którą są ćwiczenia - wiem od przyjaciółki - jest skrajnie wyczerpująca. podejrzewam, że dla Jasia też. przecież on też się męczy, a poza tym, wyczulony na Twój nastrój zastanawia się - co ta mama taka zmarnowana? tym bardziej cieszę się z tego jego wielkiego kroku w samodzielność, czyli mobilności! a także z ostatniego zdania. zmień tylko "staram się" na "nie martwię się" :) - L. mnie zawsze gani, że jak mówię "postaram się" to jakbym z góry zakładała niepowodzenie! :D
    ściskamy mocno!!!
    ps. OLT padły, ale może i tak uda się Wam do nas wpaść?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie dzięki Aniu za te słowa wsparcia i zrozumienia, za serdeczność!:) Jednak się "staram", bo bywa, że mi nie wychodzi nie martwienie się, czy też porównywanie do innych. Niestety...
    ps. jesteśmy w trakcie mediacji dot. celu-miejsca urlopowego...

    OdpowiedzUsuń